21 września 2010 Redakcja Bieganie.pl Sport

Ultra Trail Du Mont Blanc 2010


Tekst: Bartosz Chmielewski

ULTRA TRAIL DU MONT BLANC 2010
Czyli najsłynniejszy górski ultra maraton na raty

ULTRA TRAIL DU MONT BLANC. Cztery słowa, które zdominowały moje myślenie o tegorocznych startach. Wszystko miało być podporządkowane tej jednej imprezie. Odpuściłem wszelkie dłuższe biegi, aby między 26 a 29 sierpnia być w pełni zdrowia i formy. Plan był prosty – 166 km i 9500 m przewyższenia pokonać w mniej niż 30 godzin. Niestety natura w tym roku pokonała wszystkich i cała impreza została przerwana między 21 a 31 kilometrem. Ale po kolei…

DUMONTBLAC12

Do Chamonix docieramy w czwartek, 26.08 po południu. Nie jesteśmy zmęczeni, bo wybraliśmy powietrzną formę transportu do Genewy, a potem 1,5 godzinną jazdę pociągiem do słynnego francuskiego kurortu. Szybko lokujemy się na najbliższym kempingu i ruszamy na rekonesans. Spacerując deptakiem widzimy pełno ultrasów, jakoś łatwo ich rozróżnić po posturze i ubiorze. Na dodatek na nadgarstku noszą chipy, których nie można zdjąć aż do zameldowania się na mecie lub wycofania się z biegu. Nikt naturalnie nie rozważa tej drugiej możliwości. No, więc idziemy się zaobrączkować. Organizacja robi wrażenie. Robi się rundkę dookoła hali sportowej idąc od stolika do stolika. Zaczynamy od wpłacenia kaucji za chip i jakiegoś oświadczenia, potem znakowanie plecaka, numer, worek na depozyt, dalej zakładanie chipów, a na końcu zdjęcia do księgi pamiątkowej. Na każdym kroku o porządek dbają wolontariusze, a obsługa przy stolikach bardzo miła, chociaż trafienie na osobę, która nie mówi po angielsku to wcale nie sporadyczny przypadek.

Przed nami prawie dwa dni laby, aż do wieczora kolejnego dnia, kiedy to o 18:30 rusza ta cała zwariowana karuzela. Czwartek płynie leniwie. Po wizycie w sklepach leżymy, jemy i jakoś nie mamy zamiaru pakować rzeczy, przecież mamy na to cały piątek. Niestety, tu pierwsza niespodzianka. Cały dzień leje i jakoś nie uśmiecha się nam wychodzić z ciepłych śpiworów. W końcu wpasowujemy się w pogodowe okno i zwijamy cały nasz majdan. Wędrujemy najpierw na pasta party a potem na start. W startową zagrodę wchodzimy na około godzinę wcześniej i tu kolejna niespodzianka, stoimy praktycznie na samym końcu. Zastanawiam się na ile wcześniej musieli przyjść pozostali. Muzyka ryczy z głośników, a spiker podkręca atmosferę. Na szczęście nie pada, choć złowrogie czarne chmury wiszą nad głowami.

Dla zabicia czasu gapimy się w telebim. Nagle pokazują pierwszą linię i zbliżenie na Kiliana Jorneta, zwycięzcę poprzednich dwóch edycji i rekordzistę trasy. Po tłumie rozchodzi się szmer: Kilian, Kilian…Ma facet renomę; zdetronizował chyba Marco Olmo, jako najbardziej rozpoznawalnego ultra biegacza.

Po odegraniu hymnów trzech krajów (Francja, Włochy Szwajcaria), przez które wiedzie trasa i chóralnym odliczeniu, ruszamy, a właściwie pierwsze rzędy ruszają. My stoimy dobre 5 minut zanim przechodzimy do marszu. Truchtać zaczynamy dopiero po kolejnych 5 minutach. Nie martwi to jednak zbytnio, bo w głowie ciągle świadomość, że przez kolejnych 30 godzin będzie można wyprzedzać, oby tylko siły były.

Wbiegamy w las, na szerszych fragmentach duktu wyprzedzamy, rozgrzewamy się coraz bardziej i…w niebie znów ktoś odkręcił kurek, leje jak z cebra. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, więc dalej równym tempem truchtamy. Po 8 kilometrach docieramy do Les Houches i tam pierwszy szok. Mimo ulewnego deszczu tłumy ludzi. Znajomi zawodników, rodziny, ale przede wszystkim mieszkańcy. Ludzie mimo fatalnej aury wychodzą całymi rodzinami, aby dopingować grupę 2300 wariatów, którym chce się zmagać z własnymi słabościami prze kilkadziesiąt godzin. Doping jest ogłuszający. Słychać nieustanne allez, allez na tle dzwonków, bębnów i trąbek. Chyba już wiem jak czują się kolaże, na Tour de France, kiedy podjeżdżają pod przełęcze.

Zaczynamy pierwsze podejście na Le Delevret (1776 m), na 6 kilometrach trzeba zrobić 764 m w pionie. Gdzieś tam w głowie zapamiętany profil trasy przypomina, że to tylko skromne preludium do tego, co będzie się działo dalej, kiedy to trzeba będzie piąć się w górę przez ponad 20 kilometrów czy zbiegać podobne odcinki. Tempo jednak niezbyt wolne. Doping w mieście dodał skrzydeł, wyprzedzanie konkurentów też dobrze działa na psychikę, więc nie myślimy się zbytnio oszczędzać. Czasami tylko przez głowę przemknie, że może troszkę za szybko, że przyjdzie za to zapłacić później, ale z drugiej strony jak planuje się przyzwoity wynik to trzeba dać z siebie 110%. Deszcz już całkiem przestał padać, emocje opadły, organizmy odpowiednio rozgrzane, kijki wystukują rytm i tak dochodzimy do pierwszego zbiegu. Dość stromego, ale przecież na świeżo, w nogach dopiero 14 km. Gdzieś w połowie zbiegu wyciągamy czołówki i zbiegamy do Saint Gervais. I szok numer dwa. Mimo dość późnej pory, było około 21:30, i zimna, znowu masa dopingujących ludzi, aż żyć się chce. Szybki bufet, łyk wody i dalej, przy dopingu tłumu, jazda.

DUMONTBLAC3

Saint Gervais to dokładnie 21,3 km trasy. Mniej więcej dwa kilometry dalej jeden z zawodników wraca i gdera coś do nas pod nosem. Nie zwracam na niego uwagi, nabuzowany chyba jeszcze dopingiem miarowo, rytmicznie pokonuję delikatne, aczkolwiek strasznie błotniste podejście. Sylwek jest bardziej dociekliwy coś tam go pyta, ale gość niezbyt wyraźnie mówi. Zrozumiał tylko, że facet mówił „Stop the race!” Pierwsza moja myśl, gość chce zbojkotować zawody i namawia do tego innych. O nie! Nie po to tu jechałem, żeby kończyć po dwudziestu kilku kilometrach. Przecież deszcz, mgła, zimno to normalna górska pogoda. Sam sobie kończ wariacie! Po kilku kolejnych minutach znowu oślepiają nas czołówki, tym razem dwójki biegaczy. Nie wytrzymuję i pytam, co jest grane. „It’s finished, they cancelled the race!” Ciężko się z tym pogodzić, ciągle nie wierzymy, dochodzimy do rozwidlenia, na którym stoi jakiś człowiek orgów. Potwierdza decyzję. Mamy dwie możliwości, wrócić te trzy kilometry do Gervais lub pójść dalej do kolejnego punktu odżywczego na 31 kilometrze w Les Contamines. Naturalnie wybieramy tą drugą opcję, żeby, chociaż jakiś trening zrobić.

Schodzi z nas powietrze. Nagle zaczyna wszystko boleć, a pokonany dystans nie wydaje się już być delikatnym wstępem tylko długimi kilometrami w górach. Gadamy jak nakręceni, co dalej? Chyba dwa dni treningu w Chamonix. Na razie trzeba dotrzeć do kolejnego punktu. Idziemy chyba ze 3 km/h, mija nas jakaś grupka, nie reagujemy, dochodzi kolejna i wtedy jakoś zbieramy się w sobie i zasuwamy pod górę. Ciężko się zebrać, ale powoli wracają siły i rośnie tempo. „Zróbmy, chociaż mocniejszy trening!” rzucam i zaczynam biec. Wyprzedzamy grupkę na stromym podejściu i asfaltem docieramy do końca naszej przygody pod Mt Blanc. Tam organizatorzy mówią nam, że bieg został przerwany z powodu lawiny kamiennej, która poleciała gdzieś na trasę. Jemy sporą ilość kanapek, ciasta i słodyczy i leniwym krokiem odchodzimy do autobusu, który zabiera nas z powrotem do bazy zawodów. Gęby się nam nie zamykają. Ciekawe, co zrobią organizatorzy? Jak z rekompensują to rozczarowanie? Może obniżą wpisowe na przyszły rok? Może, chociaż jutro puszczą nas na CCC (to bieg towarzyszący z Courmayer do Chamonix, 98 km i 5600 m w pionie)? Szybko jednak dochodzimy do wniosku, że to nierealne, niemożliwe logistycznie…

Wchodzimy do stołówki dla zawodników, jedzenie całkiem dobre. Raczymy się makaronem, kurczakiem, deserami i… winem. Biesiadujemy do 2:30. Wychodząc jakiś spotkany facet informuje nas, że jutro startujemy na trasie CCC, a autobusy do Courmayer odjeżdżają o 6:30. Co? To chyba jakiś żart. Idziemy się upewnić. Pani w „sypialni” mówi nam, że taki był plan, ale pogoda jest tak zła, że za chwilę dostaniemy sma-a, że wszystko jest odwołane. Kładziemy się na pryczach i zasypiamy. O 5 wyrywa nas ze snu sms, o zupełnie niedorzecznej treści: „Ze względu na odwołanie CCC, ilość miejsc w autobusach do Courmayer ograniczona do 1500”. Po co ma ktoś jechać do Courmayer skoro bieg jest odwołany, a jeśli nie jest, to 2300 ludzi ma się bić o te 1500 miejsc? Najchętniej spałbym dalej. Sylwek jednak nie daje za wygraną, idziemy znowu pytać, co jest grane. Pani z werwą w głosie mówi, że bieg nie jest odwołany, a te 1500 miejsc spokojnie powinno wystarczyć, bo sporo ludzi zrezygnowało z powtórnego startu.

No to zaczynamy na nowo. Pakowanie, marsz na autobus i… czekamy. Mija 6:30, 7:00 i nic. Stoimy obok anglików i żywo dyskutujemy, głównie na temat tego rewelacyjnego sma-a. Woda z nieba dalej leci i nie zapowiada się żeby przestała. W końcu podjeżdżają autokary, siadamy i drzemiemy prawie całą drogę do Courmayer. Przynajmniej przejechaliśmy się tunelem pod Mont Blanc…

Duża hala gimnastyczna. Jedzonko, pakowanko, spanko i na start. Pogoda się ulitowała. Wyszło słońce, góry się odsłoniły, można podziwiać panoramę grani Rechefourt od Zęba giganta, aż po Grandes Jorasses. Oddajemy wory z depozytem i ustawiamy się na starcie. Staram się jakoś zebrać myśli. Nie wiem, na co się nastawiać. W głowie kołacze: 90 km 5600 w pionie. W zeszłym roku biegałem stówę w Rupholding w niespełna 14 godzin, ale tam było tylko 4500 w pionie, no i przed startem nie miałem w nogach 30 km, nocnego obżarstwa i braku snu. Gdzieś tam w zakamarkach myśli ustalam sobie jakiś zupełnie iluzoryczny cel, 15 godzin.

Ruszamy. Najpierw kawałek płaskiego asfaltu, potem już mocno pod górę i po kilkunastu minutach marszu droga zmienia się, jakby to powiedzieli rowerzyści, w single track. Wyprzedzanie prawie niemożliwe, co chwila korki i tak przez najbliższe cztery kilometry. Głowa nie chce się wyłączyć i już marudzi, ale by tutaj było fajnie nie zaraz po starcie, ale na 80 km UTMB. Tempo by było już ustabilizowane, ludzi w pobliżu nie wielu… bla, bla, bla… I w takich dywagacjach dochodzę do pierwszego punktu odżywczego. Potem na szczęście już szerzej i można zasuwać. Szlak prowadzi zboczem doliny, cały czas lekko pod górę. Tempo na mój gust trochę za szybkie, ale jak się jedzie w tym ludzkim tramwaju, to nie bardzo wypada z niego wysiąść.

Po kolejnym punkcie odżywczym w Arnuvie, mniej więcej na 20 km kończy się łaskawość niebios, robi się przenikliwie zimno, a deszcz zamienia się w kryształki lodu, które sieką po twarzy i gołych nogach. I tak będzie już praktycznie do końca. Na ostatnim tylko podejściu będzie towarzyszyć mi księżyc. W tej nieprzychylnej aurze osiągamy najwyższy punkt na trasie całego biegu, Grand Col Ferret (2537 m). Potem długi zbieg i chwila wytchnienia, punkt odżywczy w La Fouly.

Tu wypada powiedzieć parę słów o bufetach. Większość zorganizowana w dużych namiotach, podzielonych mniej więcej na pół, jedna część dla zawodników, druga dla kibiców, których nie brakuje praktycznie na całej trasie. Stoły suto zastawione a nad nimi duże tabliczki: zupa, napoje, słodkie, słone i.t.p. Podstawowy izotonik, jak na większości biegów ultra, to cola. Na każdym takim punkcie duża tablica z profilem trasy, a obok tabliczka z liczbą kilometrów i sumą podejść i zejść do następnego punktu. Dodać jeszcze trzeba, że większość namiotów jest ogrzewana. Jeden tylko problem, ruszyć w dalszą drogę nie jest łatwo. Najlepiej nie rozsiadać się za bardzo. Zjeść co trzeba, uzupełnić zapasy, rzucić okiem na profil i ruszać dalej.

Osiemnasto kilometrowy odcinek między Grand Col Ferret, a Praz de Fort rozwiał moje kolejne złudzenia. Przed startem wyobrażałem sobie, że trzeba w miarę szybko chodzić pod górę i jak najekonomiczniej i najszybciej zbiegać. Odcinek ten to w większości płaski lub lekko w dół biegnący asfalt lud szuter. Zdałem sobie sprawę, że aby osiągnąć dobry wynik w UTMB, czy CCC trzeba być biegaczem kompletnym, doskonale znosić bardzo strome podejścia i wykańczające uda zbiegi oraz wybieganym na płaskim terenie. Odcinki przejściowe ciągną się niesłychanie i w moim przypadku były największą katorgą. To właśnie na nich powracała myśl, że nic nie wyszło z planu przygotowania, że zamiast minimum 400 km miesięcznie robiłem zaledwie 150. To tam kołatało w głowie: „Durniu! Na co liczyłeś? Że uda się bezboleśnie przejść taki dystans bez wcześniejszych setek kilometrów w nogach!” Na szczęście na podejściach odżywałem.

Za wspomnianym Praz de Fort czekało przyjemne podejście do Champex-Lac ponownie przy sporej grupie kibiców, a potem trzy porównywalne podejścia i zbiegi. Zaraz za bufetem przy jeziorku Champex minął mnie jakiś Hiszpan i tylko krótko rzucił „Ha, teraz Bovine co?”. Odpowiedziałem „No tak.” Nie wiedząc, dlaczego to takie ważne, wszak to tylko kolejny punkt na naszej trasie. Podejście, na Bovine (1987 m) to wspinaczka po bardzo stromym zboczu i po bardzo wysokich progach, tam zapalają się mięśnie ud. Dość powiedzieć, że na około 5 km trzeba zrobić ponad 800 m w pionie. Na szczęście nie podpaliłem się na dole, kiedy minęło mnie kilku konkurentów. Moja recepta na te sakramenckie kiepy to od podnóża po samą górę równym tempem, bez żadnych przerw. Sprawdziło się na każdym jednym. U podnóża mijało mnie przeważnie około 10 zawodników, a od połowy podejścia już tylko ja wyprzedzałem. Bardzo przyjemne uczucie. Nie żebym komuś źle życzył, ale odzywają się wtedy jakieś zwierzęce instynkty. Dobrze wam tak, trzeba było na dole trochę przystopować, a tak to teraz zdychajcie. Co to się dzieje w ludzkiej psychice przy zmęczeniu i rywalizacji? Stajemy się ludźmi obtartymi z sumienia? A może to Hugowskie pandemonium sofizmatów wygrywają właśnie te zwierzęce…

Kolejne podejście z Trientu na Catogne (70 km trasy) mija bez historii. Zbieg do Valoncine, zakładam długie spodnie i zmieniam czapeczkę na buffa, bo nadeszła zimna noc. Powoli zaczynam czuć metę, jeszcze tylko jedno podejście i w dół do Chamonix, zostało jakieś 20 km, jak blisko! Ruszam z bufetu. Przy wyjściu patrzę jeszcze na profil i od razu zakładam, że nie będę biegał, aż do góry. Już tradycyjnie mija mnie kilku, a może tym razem nawet kilkunastu biegaczy. Delikatnie truchtają wzdłuż rzeczki, ja nie daję się sprowokować, idę, a kije wymuszają rytm. Dochodzę do drogi, patrzę w bok i na stromym zboczu, które w nocy wydaje się być niemal pionowe obserwuję zygzak czołówek. Jak dobrze, że nie biegałem. Przede mną na 4 kilometrach 670 metrów w pionie.

Ustalam tempo i ruszam w ten neverending zygzak. Już w połowie ponownie odzywa się we mnie demon, kiedy śmieję się w duchu z umierających gości. Głowa powtarza: równo i bez przerwy, i tak też sobie wędruję. Dojście do La Tete Aux Vents (2130 m; 80 kilometr) ciągnie się niemiłosiernie. Na szczęście wychodzi księżyc i po lewej mogę podziwiać złowrogie cienie Petit Dru, Aiguili du Midi, no i Białej Góry. Ten widok towarzyszy mi przez cały interwałowy odcinek do La Flegere (1860 m, 83 kilometr). Kilka razy kopię w jakiś wystający kamień. Wyję z bólu i klnę, na czym świat stoi. Znowu paznokcie w wielkich paluchach do wymiany. „Ty durniu! Widoków ci się zachciało!”

Na La Flegere koniec widoków, mgła że oko wykol i znowu zimno. Jednak myśl, że już tylko nieco ponad 7 km do mety rozgrzewa i dodaje sił. Rozpoczynam szaleńczy zbieg do najsłynniejszego górskiego kurortu we Francji. Najpierw trasą narciarską, potem wąską ścieżką przez las. Trasa oznakowana idealnie. Co kilka metrów wisi taśma z odblaskiem, wystarczy poświecić czołówką i mimo gęstej mgły widać kolejny odblask. Na zbiegu wyprzedzam piątkę biegaczy, jestem blisko kolejnej dwójki, ale dostrzegli moją czołówkę i przyspieszyli, skutecznie odpierając mój atak. Przez ulice Chamonix pędzę ile sił w nogach, już nie zerkam na stoper. Na metę wpadam przed 1:30 w nocy. Mimo tak późnej pory oklaskuje mnie kilkadziesiąt osób, bardzo miło. Wyłączam stoper i znowu złość. 15 godzin i 5 minut. Brakło!!! Tak miło byłoby złamać tą parszywą 15.

DUMONTBLAC6

Odbieram kamizelkę finiszera UTMB, wypijam ciepłą herbatę i idę spać. Po jakiś dwóch godzinach budzi mnie Sylwek, którego zostawiłem gdzieś na 20 kilometrze. W połowie trasy złamał kijka i walczył dzielnie wspierając się tylko jednym, dotarł w 17 godzin i 5 minut.

W dzień zakończenia w końcu ładna pogoda. Włóczymy się po Chamonix, gadamy ze spotkanymi Polakami i dyskutujemy decyzje organizatorów. Przy okazji dowiadujemy się, że żadnej lawiny nie było, a przerwanie biegu było spowodowane zimnem i mgłą, a co za tym idzie obawą orgów, że ktoś może się zgubić… Odwiedzamy biuro, sprawdzamy wyniki, dotarłem na 128 miejscu. Wreszcie oklaskujemy herosów, którzy zrobili tę trasę w mniej więcej 3,5 godziny szybciej ode mnie. Wzajemne pochwały organizatorów i podkreślanie kilka razy jak wspaniałą decyzję podjęli trochę budzi mój niesmak. Chwała im za to, że dokonali logistycznego cudu i umożliwili nam start na trasie CCC, ale czy decyzja była do końca słuszna nie jestem przekonany. Mgła i niska temperatura w górach to chyba nie jakiś ewenement, przecież to nie Lazurowe Wybrzeże. No i brakło zwykłego, krótkiego przepraszam za informacyjny nocny chaos.

Mimo tych moich narzekań, organizatorom należy się wielkie uznanie, ponieważ, powtórzę, dokonali logistycznego CUDU (przewiezienie 1,5 tys. osób na start, przewiezienie kilku setek wolontariuszy, ponowne zorganizowanie startu w Courmayeur itp., itd.). Mi nie pozostaje nic innego jak nieznane 46 km trasy zwiedzić za rok.

FORUM DYSKUSYJNE

Możliwość komentowania została wyłączona.